Antydogsopia – jak zaraza

– No rzesz ty ja już tu dzisiaj byłam…- zajęczała przy kolejnym adresie. – Ten sam dom, ta sama skrzynka i nikogo w nim niema… – gadała prawie na głos.

Sprawdziła jednak jakby nie wierząc wspomnieniom z dzisiejszego dnia. Nacisnęła dzwonek drugi raz i wzięła się za awizo, a tu drzwi się otworzyły i stanęła w nich starsza kobieta.

– Polecony do Pani Franciszki – zakrzyknęła radośnie listonoszka.

– Z Komisji Prawdziwego Poddanego? – zapytała jakby sama siebie starsza Pani Franciszka drepcząc do furtki z listonoszką.

– Nie, z Sądu Królewskiego.

– Lata całe pętliczkuję się z tymi cholernymi Pętliczkami i co? – starsza pani mówiła niby to do siebie, ale głośno, wyraźnie i powoli. Tak uczyli mówić kiedyś w dawnych szkołach. Dobre jakieś pięćdziesiąt lat temu, a może i więcej…

– Po co Pani ludzi do sądu podaje? – zapytała z ciekawości listonoszka.

– To nie ja, ale oni mnie! – starsza kobieta wyraźnie się ożywiła. – Ja tylko z wnuczką przechodziłam koło ich płotu. Jest tam normalna ścieżka. Wszyscy tamtędy chodzą do szkoły. Wnuczka mała jest, do zerówki chodzi, więc ja odprowadzałam, bo dziecko małe, jeszcze się zagubi. A u tych cholernych Pętliczków są dwa psy. Wielkie. Jeden normalny, a ten drugi, to wariat. Jak widzi kogoś przechodzącego, do normalnie skacze na płot i wariuje. On sprawia wrażenie, jakby chciał zeżreć cały tan świat. Szczeka przy tym, że umarłego na nogi postawi. Wnuczka tak się przeraziła, że sztywna się cała zrobiła i w płacz. Nie mogłam jej uspokoić. Zawróciłyśmy i poszłyśmy do tej szkoły dookoła, nadkładając drogi. Tak się wkurzyłam, że zgłosiłam tego psa do Straży Królewskiej i opisałam dokładnie co i jak. Wlepili im mandat. A ta pinda Pętliczkowa sprawę mi w sądzie założyła.

– Co też pani powie? – listonoszka nie mogła wyjść ze zdziwienia. – A to niby o co ta sprawa? – rzuciła z ciekawości.

– No trzymaj się pani płotu. O antydogsopię… – starsza kobieta wyraźnie czekała na reakcje rozmówczyni.

– Królu nasz kochany , a co to znów za przestępstwo? – Pierwszy raz słyszę coś takiego… -dziwiła się szczerze doręczycielka poczty.

– Pani, to pani, ale ja jak pozew dostałam, to oczy wyszły mi z orbity – ciągnęła starsza pani.

– Co to takiego ta antydogsopia? – dziwiła się listonoszka.

– Zarzut propagowania nienawiści do zwierząt domowych, a szczególnie psów – wyrecytowała starsza pani, jakby czytała wprost z dokumentu.

– Pani sobie żarty ze mnie stroi? – listonoszka jeszcze bardziej ulegała przemożnemu zdziwieniu, aż ono dopadło ją kompletnie i bez możliwości wyciszenia jakimkolwiek gestem i słowem.

Starsza pani coś tam jeszcze mamrotała, ale listonoszka zawinęła się cała z tym rowerem, z przesyłkami listowymi i poleconymi. Ruszyła z kopyta jakby chciała zademonstrować swój sprzeciw wobec tego, co miało miejsce, a czego kompletnie nie rozumiała.

– Co ja jasnej za ciasnej rozwożę? – listonoszka mówiła sama do siebie. – Jakieś pieprzone wezwania, w jakichś idiotycznych sprawach? Za te gówniane dukaty? – nakręcała się coraz bardziej.

Jak kubeł zimnej wody powinien pojawić się teraz komentarz jej szefowej, która powtarzała wszystkim doręczycielom Królewskiej Poczty, że oni nie są od zaglądania do korespondencji, oceniania jej zawartości, a tym bardziej sensu korzystania z naszych usług, skoro z tego żyjemy. Stanęła jej przed oczami ta wielka, jak facet kobieta, z tymi oczywistymi mądrościami, które miały się nijak do tej akurat, konkretnej sytuacji. Przecież nikt tutaj do niczego nie zaglądał, a temat wyszedł sam. I to jest straszna prawda. Szczególnie w tym kontekście, że w Unii fioła mają na punkcie ochrony zwierząt i urzędnicy unijni przeginają w tej kwestii na każdym kroku.

 

 

Zostaw komentarz

Przewijanie do góry