
Pomimo wszechobecnej nerwowości i narastającego napięcia na Otmance – ludzie zdawali się zachowywać, jak zawsze. Nerwowość wisiała w powietrzu, ale nie było jej w ludziach. Bardziej się tylko spieszyli. Sąsiadujący ze sobą najbliżej -pozdrawiali się jednak zdawkowym gestem. Najczęściej na odległość. Rzadziej rozmawiali.
Każdy z nich doświadczył, przynajmniej jeden raz w życiu, konsekwencji zbędnego słowa, wypowiedzianego niepotrzebnie, w niestosownym czasie, w niejednoznacznej intencji… Nie myśleli o tym codziennie. Zapamiętała to intuicja. Właśnie ona dostrzegała w zdawkowych relacjach sąsiadów zmniejszenie szans na owo jedno, zbędne słowo, niepotrzebny gest.
Ale jeśli jest tak, to zdarzyć się może, że zabraknie słowa. Tego jednego, dobrego. Jeśli tylko jest potrzebne, a nawet konieczne, to nie zastąpi go nic. Są przecież w życiu każdego z nas, że liczy się właśnie ono. To jedno dobre słowo. Jeśli tylko jesteśmy na nie gotowi. Emocjonalnie oraz intelektualnie.
Z tą gotowością u każdego jest trochę inaczej. Szczególnie jeśli jesteś spod znaku ryby. Rybki kochane są. Ale same nie mogą się sobie nadziwić, jak to jest możliwe, że w jednej i tej samej sprawie wczoraj miały argumenty „za”, a dzisiaj mają ich tyle samo „przeciwko”. I to nie dlatego, żeby się jakoś specjalnie nakręcały. Tak – samo z siebie to wychodzi, w sposób równie naturalny, co oczywisty. Połowa biedy, kiedy ryby debatują same ze sobą.
Diametralnie odmienne zdanie – w tej samej sprawie, zależne od dnia, a nawet jego pory – skutkuje w przypadku kontaktów służbowych pytaniami, których lepiej rybom nigdy nie zadawać. Uwaga ta jest szczególnie ważna w kontekście naszej potencji odbioru tego jednego, mądrego słowa czy zdania, które może pojawić się także w przypadku ryb i może zmienić całe ich życie. U ryb to dodatkowa loteria…
Jeszcze nie tak dawno temu ludzie byli bardziej otwarci na słowo – jako takie. W codziennej powodzi słów ludzie bardziej zainteresowani są ratunkiem przed utonięciem niż przyglądaniem się temu, w czym pływają. Mieszkańcy Otmanki – także. Żyją wprawdzie tutaj i teraz, ale świat robi swoje czyniąc ich życie uwikłanym emocjonalnie, finansowo, losowo.
Komunikacja ze światem to dzisiaj opędzanie się od słów, a nie wsłuchiwanie się w ich sens. Dominuje nastawione na zdarzenia. Potrzeba odpowiedzi na pytanie o to, co się aktualnie dzieje stała się silniejsza od poszukiwania w tym wszystkim sensu. Tak, jak byśmy uznali, że skoro już coś się dzieje, to musi mieć swój sens, jakiś tam sens. Ważne jest wiedzieć co się dzieje, a sens pojawi się sam – z siebie – w stosownym czasie. Może jest właśnie tak dlatego, że otrzymujemy codziennie dowody zastępstwa naszej aktywności, szczególnie intelektualnej, w wyborach tego, co potrzebne, lepsze, tańsze, bardziej dla nas korzystne. Na domiar tego nieustannie przypominane statystki, w mniej i bardziej ważnych sprawach -mają utwierdzić nas w przekonaniu, że to one wyznaczają kanony normalności i zarazem potwierdzają słuszność dokonanego za nas wyboru. Przez kogoś, przez coś…
Zdarza się jednak i tak, że czyjeś słowo, jakaś rozmowa z innym człowiekiem -otwiera przed nami nową przestrzeń. To jest to jedno, cenne, warte każdych pieniędzy, dobre słowo.
Był taki moment w jego życiu, kiedy to, co najważniejsze, co miało wcześniej oczywisty sens – straciło go bezpowrotnie. Nie wiedział -jak dalej żyć. I właśnie wtedy ten starszy gość, którego ledwie znał powiedział mu kilka zdań, które pamięta do dziś.
Wracali do domu, gdzie czekały na nich dzieci. Szli obok siebie. Dopiero wysiedli z samochodu. Jeszcze czuli radość nowości tego zakupu. Ale przeżywali ją już osobno, oddzielnie. Nie jako para. Tylko jako ludzie, którzy razem jechali. Jeśli pustka może ciążyć, stanowić ciężar nie do udźwignięcia, to właśnie ona tkwiła cała sobą w nich, głęboko, przytłaczająco. Ta droga przez parking, od samochodu – do bramy, nie miała końca.
A trzeba jeszcze odebrać numerek od parkingowego. To także wydawało się teraz nie mieć najmniejszego sensu.
Parkingowy chyba zauważył, że już nie podejdą do niego, więc wyszedł z biura i podszedł do nich z numerkiem w ręku. Musiał przyglądać się im dłuższy czas i dostrzec to przygnębienie i ciężar, jaki nieśli, każdy oddzielnie.
– Nie trzeba się martwić – powiedział do Teo, wręczając mu numerek. – Wszystko się ułoży…
Po chwili ciszy, w tym samym momencie i ona i on odpowiedzieli mu nieoczekiwanie chórem…
– Nie, to już- się nie ułoży…
Starsza Pani przysłuchiwała się tej opowieści Teo, ale nie za bardzo umiała powiązać fakty i zdarzenia.
– Kiedy to było? – w końcu zapytała.
– Och. Niemal dokładnie trzydzieści lat temu…
– To skąd to opowiadanie akurat teraz?
Teo sam się zastanawiał nad tym, jakim to sposobem tak mocno stanęła mu przed oczami tamta scena sprzed trzydziestu laty i ten obcy człowiek, z dobrym słowem skierowanym do ludzi, którzy stracili siebie bezpowrotnie i właśnie w tym momencie, definitywnie to sobie uświadomili. Z dobrym słowem, które -w tamtym momencie- dało siłę i jej i jemu, by dalej układać życie, każdy po swojemu…
– Od tamtego dnia nikt, nigdy nie zwrócił się do mnie z dobrym słowem – skonstatował Teo zastanawiając się nad tym czy faktycznie nie przypomina sobie ani jednego takiego zdarzenia.
– Czy to oznacza, że ludzie od tamtego czasu zmienili się aż tak bardzo na niekorzyść? – zapytał sąsiadeczkę choć pytanie wydawało mu się retoryczne.
– A od tamtego czasu zdarzył się moment tak samo ważny w twoim życiu, jak tamten?
– Chyba nie– odpowiedział Teo.
– To może nie jest jeszcze z ludźmi aż tak źle? – podsumowała sąsiadeczka i poszła do swoich prac w ogrodzie.
