
-Oni to się najpóźniej wprowadzili, a chcą mieć takie same prawa, jak my. Wszystko im przeszkadza – rozprawiała przy płocie swojej posesji Patyczkowa, a inżynier stojąc na chodniku przytakiwał jej głową, w wyraźnym akcie aprobaty. Zgadzał się z tym sposobem myślenia Patyczkowej. On wprawdzie kończył politechnikę, ona prawo, tylko administracyjne wprawdzie, ale czuła w sobie moc prawa- jako takiego. Natomiast on przekonywał się już wielokrotnie, że w takich sprawach, jak ta – kto do czego ma prawo – zgodni byli wyjątkowo. W pełni podzielał przekonanie Patyczkowej co do praw nabytych mieszkańca Otmanki- poprzez dłuższe zamieszkiwanie oraz identyfikował się z tym sądem kompletnie i bezwarunkowo. W głębi ducha wdzięczny był wręcz Patyczkowej, że to nie o nim tak debatują, gdyż on także zamieszkiwał krócej niż Patyczkowie. No, ale zdecydowanie dłużej, niż Iva z Teo.
– Wszystko im przeszkadza- ciągnęła w atmosferze sąsiedzkiej aprobaty Patyczkowa- nakręcając się najwyraźniej tematem.
– Zawsze ustawialiśmy samochody jednym kołem na chodniku – skonstatowała.
– Ja też tak robię – wtórował sąsiad Ivy i Teo, inżynier z przeciwka, lecz nieco po skosie.
– A ci? – Patyczkowa zawieszała co jakiś czas swój piskliwy głos, by nadać więcej dramatyzmu wygłaszanej frazie.
– A ci? – powtórzyła z rozmysłem. – Wyremontowali chodnik i teraz czepiają się, że my go naszymi samochodami – niszczymy. Jak my mamy tyle samochodów, że się one nie mieszczą przed naszym domem, to musimy parkować u nich…
– Logiczne – potwierdził inżynier po politechnice, gdzie logika wpisana była w procesy technologiczne. A życie społeczne sprowadzało się – zdaniem inżyniera – do jednego z takich procesów.
Dla inżyniera z przeciwka sprawa była absolutnie jasna i bezdyskusyjna. Przed własną posesją trzymał trzy samochody, ustawione jeden za drugim. Nie pozostawiał tym samym najmniejszej wątpliwości w zakresie dostępu i użyteczności tego miejsca dla obcych. A Teo z Ivą trzymali auto w garażu. I ta wolna przestrzeń przed ich domem, aż krzyczała swoją pustką- dopominając się sensownego, sąsiedzkiego zagospodarowania.
Sąsiad z przeciwka mieszkał na Otmance dłużej od Ivy i Teo. Świadczyły o tym liczne inwestycje podjęte przez inżyniera, a to na ganku posesji, a to na jednym, a to na drugim tarasie. Tarasy wznosiły się nad garażami, które niczym dwie pięści wspierały boki posesji, czyniąc ją jeśli już nie szerszą, to przynajmniej dobrze od dołu podpartą i przez to solidniej osadzoną we własnych posadach. Resztę otoczenia wypełniały przeliczne ślady prac rozpoczętych i przerwanych na pewnym etapie, zawieszonych tymczasowo i nienachalnie oczekujących kontynuacji, wymagającej niewątpliwie osobistego udziału inżyniera. Nic jednak tego – w rychłej przyszłości- nie zapowiadało.
Problem tkwi w głowie inżyniera. Głębokie przekonanie o tym, że wie co i jak zrobić potwierdził rozpoczętymi pracami. To właśnie przekonanie nie pozwala mu dopuścić do roboty obcego. A sam czasu nie ma.
Widok domu -z tak licznie zawieszonymi pracami remontowo-budowlanymi, nieuchronnie kojarzył postać sąsiada z opowieściami matki Teo o ludziach ze wschodu. Mama urodziła się i wychowała w Wilnie, skąd do późniejszego miejsca zamieszkania przegnała ją wojna i taki jej bieg, że trzeba było zostawić swoje ukochane kąty i w towarowym wagonie, z nielicznymi gratami i tym, co się wraz ludźmi na takiej powierzchni zmieściło, odjechać na zawsze w nowe, nieznane. Mama, opowiadając o ludziach ze wschodu, wspominała często o gwoździu w furtce.
Rzecz miała miejsce w Wołosiniszkach. Wsi, jakich zapewne w okolicy Wilna jest więcej, ale właśnie w Wołosiniszkach była ta furtka. A w niej gwóźdź usytuowany na tyle niefortunnie, by drzeć spódnice wszystkich paniom korzystającym z tego wejścia na posesję zubożałem szlachty polskiej. Ta w swoich codziennych zajęciach niczym nie różniła się już od okolicznych chłopów. Przynajmniej w dni powszednie, gdyż w niedzielę ubierali się odświętnie, zasiadali w bryczce i udawali się do kościoła. Ale rzecz o tym gwoździu w furtce. Mama też sobie na nim spódnicę rozdarła, ale babcia uspokoiła ją, że one wszystkie tak mają, a przed nimi – pra babcie i ciocie też tak miały. Więc trzeba tylko o nim pamiętać i uważać…
Każda z inwestycji inżyniera na Otmance miała w sobie coś z tego gwoździa. Czas zdawał się być jego wyraźnym sprzymierzeńcem, skoro zacierał stopniowo wprawdzie, ale bardzo skutecznie zbędne w tym kontekście oznaki nowości przedsięwzięcia i wszystkie one zdawały się wkrótce tworzyć harmonijny porządek tego, co jest, jakby to właśnie tak dokładnie być miało.
Posesja Patyczków – wprost przeciwnie. Nie na wprost, po skosie wprawdzie usytuowana, w stosunku do posesji inżyniera, ale wykończona była do cna w sposób podkreślający zasobność sponsorów tego porządku oraz ich zdecydowaną zapobiegliwość wobec konieczności częstego prowadzenia jakichkolwiek prac pielęgnacyjno- ogrodniczych.
W takim to kontekście trwała sąsiedzka konwersacja o prawach nabytych. Teo zetknął się z nią po raz pierwszy na studiach. W tamtych czasach po drugim roku studiów jechało się na obóz wojskowy, do normalnej jednostki, w której studenci przebywali cały miesiąc. Koszary były paskudne, pruskie, surowe, nieprzyjazne a do tego wypełnione starym wojskiem, które na widok studentów miałczało niczym stado dzikich kotów. Oznaczało to jedno: pojawili się nowi – czyli koty. Gdyby mieli kontakt bezpośredni ze starymi musieliby im się różnie wysługiwać, a tak trzeba było tylko pilnować w stołówce czapek rogatywek. Stare wojsko je kradło, a koty musiały wtedy chodzić w hełmach, co szczególnie latem, na słońcu, nie należało do przyjemności.
– Trzeba ich rozumu nauczyć- skwitowała Patyczkowa.
– Ale jak? – zastanawiał się głośno inżynier z przeciwka…
– Mąż ma pomysł – skwitowała z tajemniczą miną Patyczkowa. – Zobaczy Pan w przyszłym tygodniu…
Póki co życie na Otmance toczyło się swoim rytmem wyznaczanym powtarzającymi się scenami. Były tam koty, psy, sroki oraz sąsiadeczka, listonoszka, Iva, Teo oraz wiele innych osób. Każdy z nich zaangażowany był w co innego, ale wszystkich łączył niezauważalny w codzienności czas. Jego obecność zauważana bywa zazwyczaj po niewczasie, kiedy już jest za późno, żeby zapobiec temu, co jest. Można już było tylko zatrzymać zauważony problem. Szkopuł w tym, że waga i znaczeni takiej zmiany- dla dobra ogólnego, dostrzegane były zazwyczaj tylko przez niektórych. Łączyło ich to, że angażują się często w debaty społeczne i polityczne. I te rozmowy przy płocie, które dla jednych były tylko okazją do obgadywania innych i knucia intryg, a dla nich próba nazywania tego, co widzieli w sposób jasny i zrozumiały dla najbliższego otoczenia.
– Wpierw te bestie z zachodu, a potem te potwory ze wschodu – wymordowały nam naszą inteligencję. Potem rodzimi oprawcy. Ci mordowali, a jak już nie mogli, to szydzili, wyśmiewali, opluwali. I robią to do dziś. Incydent „wyksztaciuchów” to jeden przykładów. Ta ochroniona przed zaborcami i wykształcona zaraz po pierwszej wojnie światowej polska inteligencja zrobiła swoje. Dla wspólnej wiedzy, tradycji i wartości. To ona stanowiła siłę napędową prawdziwych reform i rozwoju społecznego– starsza pani zdawała się recytować niczym z nut, świeżo nauczoną lekcję historii.
– Mówisz, jakbyś encyklopedię cytowała – zażartował Teo, ale w życzliwej tonacji, albowiem zdawał sobie wagę z rangi problemu, którego media unikały jak ogień wody. Praktycznie w każdym okresie, aż po dzisiejszy dzień.
– Nie encyklopedię, tylko ChatGPT -dorzuciła starsza Pani i już zabierała się do odejścia.
– No tak – dorzucił Teo -Współczesna inteligencja korzysta z mediów cyfrowych, takich jak blogi, platformy społecznościowe, aby komunikować swoje idee i opinie, kształtując w ten sposób dyskurs społeczny.
– Na tych platformach społecznościowych siedzą głównie ludzie z problemami psychiatrycznymi. Jakieś normalne głosy w takich miejscach, to jak rodzynki w cieście. W rezultacie większość milczy, albo dostosuje się do konwencji… – dorzuciła Iva, która lubiła posiedzieć w sieci, głównie nocą, kiedy już Patyczki nie dudniły kolumnami basowymi przeznaczonymi do nagłaśniania widowiskowej hali, inżynier nie piłował, psy nie szczekały, a Teo spał.
– Skoro o zdrowiu psychicznym mowa, to wyczytałam, że społeczeństwo, które straciło znaczną część swojej inteligencji, często doświadcza zbiorowej traumy. Mordowanie elity intelektualnej nie tylko osłabia struktury społeczne, ale również prowadzi do poczucia bezsilności, strachu i demoralizacji. Taka trauma może mieć długotrwały wpływ na zdrowie psychiczne przyszłych pokoleń, prowadząc do wycofania się z życia publicznego, nieufności wobec władzy oraz braku aktywności obywatelskiej – starsza pani dzieliła się swoimi doświadczeniami wyniesionymi z ostatniego kontaktu ze sztuczną inteligencją.
– Temat jest poważny. Powiedziałbym -śmiertelnie – gdyby nie fakt, że mieliśmy unikać tematów z tego obszaru, że względu na wiek rozmówców – Teo uśmiechnął się kokieteryjnie.
– Ludzie, którzy pamiętają naszą dawną inteligencje i jej zachowania, przekonania, normy etyczne- porównują ją z nowymi elitami intelektualnymi, a te mogą zasadniczo różnić się pod względem wartości i podejścia do wielu problemów. Dla kogo dzisiaj autorytetem jest np. Tadeusz Kotarbiński, żeby trzymać się mojej działki. Młodzież nawet nie wie kto to jest. Co innego np. Martyna Wojciechowska – Teo wszedł najwyraźniej w rolę narzekającego.
– Zapomniał wół, jak cielęciem był –skwitowała Iva- Przecież ty w ich wieku, też tego nie wiedziałeś. Jako perkusista walący w bębny całymi godzinami, w twoje ukochane plastikowe gary, wiedziałeś wszystko o Beatlesach, a niewiele o filozofii. Jakoś ci to nie przeszkodziło w późniejszej edukacji oraz intelektualnym rozwoju –Iva wyraźnie ożywiła dyskusję.
– Wiesz, ale mnie chodzi bardziej o wzorce kulturowe. Nam rodzice przekazali jednak i pewną wrażliwość społeczną i kulturę zachowań. Szkoła była mimo wszystko lepsza. Nawet komuna nie umiała zablokować sposobów myślenia, które nam przekazywali, a wraz z nimi – samodzielności myślenia – podsumował Teo.
– Nie mam aż takiej wiedzy, żeby czepiać się całego systemu edukacji w Polsce, ale to fakt, że młodych ludzi, z otwartymi głowami albo nie ma, albo ich się nie pokazuje. Widoczni są za to niedouczeni ideowcy partyjni i mięśniaki wytatuowane dożywotnio obrazkami o przemijającej wartości informacyjnej, to estetyka na pojawiała się tutaj na dobre –dodała Iva.

– To temat poboczny, ale ja nie byłem tak uzależniony od perkusji, jak ci przechodnie na ulicy, z nosami wlepionymi w telefony. Widzisz naszą sąsiadkę, jak robi wszystko wpatrzona jednocześnie w telefon. Zamyka drzwi, schodzi do furtki, otwiera i zamyka ją, skręca na chodzik i idzie – cały czas wpatrzona w telefon. Można z tego wyrosnąć? Jest dla niej szansa na samodzielne myślenie? – Teo przypiął się wyraźnie do tego tematu.
– A nie pamiętasz tych ludzi z nosami w książkach? Tych czytających gazety? Było to samo, tylko w innej formie. To, co przedtem miałeś bibliotece, w gazecie, w telewizorze – masz dzisiaj pod ręką, w jednym urządzaniu- Iva nabrała dystansu do tematu.
– Powraca z uporem maniaka do mojej obawy o rolę i miejsce inteligencji w naszych realiach, o jej faktyczną kondycję. Przecież do inteligencji zalicza się dzisiaj, choćby formalnie – takich, ja ci nasi sąsiedzi. To formalnie inteligencja. A są to ludzie kompletnie nie przygotowani do ról, jakie inteligencja pełniła i pełni w rozwiniętych społeczeństwach. Ci pilnują tylko własnego tyłka i tego, co im się należy. Nawet nie w świetle prawa, tylko ich wyobrażeń. Poza zgarnianiem do siebie i dla siebie – nie znają żadnych odruchów i nie mają żadnych potrzeb –Teo mówił o tym już kilka razy. I nadal szukał jakiegoś rozwiązania, choćby światełka w tunelu.
– Słuchaj, a jak tak obserwować nas, z drugiej strony, to trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć iluż mamy wspaniałych rodaków, z rewelacyjnymi pomysłami. Brakuje instytucji, które faktycznie, a nie tylko z nazwy, zajmowałyby się wyłapywaniem tych incydentów i wdrażaniem ich masowo w życie. Jest to kwestia wielkich pieniędzy i wielkich zysków. Żyjemy w kraju- Iva była pełna optymizmu –że tak powiem – inteligentnym naturalnie….
– Przekonałaś mnie – dorzuciła sąsiadeczka. – Martwiła mnie cały czas ta sztuczna inteligencja w kraju bez prawdziwej inteligencji…- Sztuczna inteligencja w kraju inteligentnym naturalnie – to dobrze brzmi…
